Polityka kulturalna – lepiej z wizją czy bez?

Data publikacji: 27.05.2015
9 minut
Rok 2015 jest rokiem zmian na polskiej scenie politycznej. To czas składania obietnic i definiowania priorytetów. Niektórzy kandydaci na urząd prezydenta zwracali się bezpośrednio do ludzi kultury. Tak jak zwycięzca Andrzej Duda starali się udowodnić, że kultura jest dla nich ważna, i że mają na nią swój własny pomysł. Czy jednak nie byłoby lepiej, gdyby pomysły na kulturę pozostawiali twórcom?

highway-498304_1280

Inspiracją do tego tekstu były dwa wydarzenia. Pierwszym były wybory prezydenckie. Wydaje się, że ludzie kultury nie opowiedzieli się wyraźnie po żadnej ze stron. Rozczarowani ideologią ciepłej wody w kranie wyborcy Komorowskiego sprzed pięciu lat pozostali w domach. Rządom PO zarzucano brak wizji i to, że kulturę mają, mówiąc łagodnie, w nosie. Z drugiej strony oferowano twórcom trochę śmieszną trochę straszną, ale jednak dość konkretną wizję opierającą się na narodowej tradycji martyrologicznej, jak pisze Kinga Dunin [1] wizję „narodowego katolickiego państwa, które pilnuje prawomyślności swoich obywateli i kształtuje ich od najwcześniejszego dzieciństwa”. Stając w obliczu dwóch nieprzyjemnych alternatyw powstaje pytanie: lepsza wizja, czy jej brak?

Drugim wydarzeniem była debata „Teatr i miasto” w Instytucie Teatralnym, która odbyła się w zeszły piątek. Przedstawione podczas debaty wyniki pilotażowego badania polityki teatralnej, zrealizowane przez nasz zespół [2] sugerują, że samorządowcy to przede wszystkim urzędnicy, nie wizjonerzy. Decyzje organizatorów dotyczące podległych im teatrów nie wynikają z żadnego zamysłu co do roli teatrów w mieście czy regionie, ich roli społecznej i kulturotwórczej, polegają zaś raczej na doraźnym administrowaniu i nadzorowaniu instytucji. Samorządowcy to pragmatycy. Oprócz nielicznych wyjątków, decyzje polityczne w sferze kultury są efektem codziennej praktyki w sferze administrowania, nie zaś urzeczywistnieniem szerszych koncepcji ideowo-politycznych.

Tezy te proszę czytać jak diagnozę, nie jak ocenę. Nie twierdzę, że wizja w polityce kulturalnej jest lepsza od jej braku. Wybór między państwem z wizją a państwem neutralnym jest jednak, a przynajmniej powinien być, wyborem świadomym. Można go sprowadzić do wyboru między tym, co Isaiah Berlin nazywa wolnością negatywną i wolnością pozytywną.

Wolność negatywna i pozytywna

Filozof Isaiah Berlin (1909-1997) jest autorem popularnej koncepcji dwóch rodzajów wolności. Pierwszy rodzaj to wolność negatywna, wolność „od”. Jest to wolność od ingerencji w działanie człowieka, od ograniczania go lub narzucania mu konkretnych wizji „dobrego życia”. Człowiek wolny w sensie negatywnym posiada własne preferencje (stosując nomenklaturę utylitarystyczną) i działa przede wszystkim w zgodzie z nimi. Nie jest to jednak wolność absolutna, która charakteryzuje człowieka w stanie natury. Człowiek wolny w sensie negatywnym jest wciąż ograniczony obowiązującym prawem. Prawo to ma zresztą służyć właśnie wolności, czyli temu, by człowiek swoim zachowaniem nie wtargnął w sferę autonomii innego człowieka.

Wolność negatywna rozdziela sferę publiczną i sferę prywatną. O ile w tej pierwszej ograniczają mnie pewne narzucone mi obowiązki (na przykład płacenie podatków), o tyle w tej drugiej mam prawo do minimum swobód. Ani państwo, ani nikt inny nie może wtrącać się do tego, jakim jestem człowiekiem, jakie wyznaję wartości i podejmuję decyzje moralne dotyczące sfery światopoglądowej.

Obok wolności negatywnej istnieje również wolność pozytywna, wolność „do”. Według tej koncepcji wolność nie jest dobrem samym w sobie – człowiek jest wolny w jakimś celu. Celem tym może być samorealizacja, pomoc innym, działalność w imię pewnych ideałów lub wizji politycznych. Wolność w sensie pozytywnym jest związana z ciągłym dążeniem do własnej „wyższej natury”, do „lepszego ja”.

O ile więc wolność w sensie negatywnym jest neutralna i obojętna w stosunku do istoty ludzkiej, o tyle wolność pozytywna wymaga od niej wierności pewnej idealnej wizji życia. O ile dla człowieka wolnego w sensie negatywnym istotny jest zakres jego wolności dyktowany przez prawo, o tyle dla człowieka w sensie pozytywnym ważne jest źródło wolności – kto lub co jest naszym „celem”, któremu mamy poświęcić nasze życiowe wysiłki.

Widmo paternalizmu

Berlin obawiał się wolności pozytywnej. Twierdził, że może się ona przerodzić w paternalizm, a nawet despotyzm lub tyranię. Jeśli przyjmuję, że jest tylko jedna Prawda, albo, że moja Prawda jest więcej warta od innych, będę prawdopodobnie starała się nakłonić innych ludzi do podążania tą samą ścieżką. Już nie raz mieliśmy w historii przykłady doktryn politycznych, które odrzucały pluralizm wartości na rzecz jednej, „właściwej” koncepcji państwa i narodu. Rządy wyznawców takich koncepcji niemal zawsze kończyły się tragedią.

Paternalizm nie zawsze oznacza dyktaturę. Bezwzględnie zakłada jednak, że ludzie nie są w pełni zdolni do samodzielnego podejmowania decyzji i właściwej oceny własnych celów życiowych. Dlatego potrzebna jest im instytucja „doradcy”, który pomoże im w osiągnięciu wolności „prawdziwej”. Paternalizm zakłada,  że ludzie pozostawieni sami sobie podejmą złe decyzje. Berlin sprzeciwia się tego rodzaju pesymizmowi antropologicznemu i chce zapewnić jednostce minimum swobód osobistych właśnie po to, by pozwolić jej na bycie podmiotem, czyli osobą.

Wizja – tylko jaka?

Dwie koncepcje polityki kulturalnej – neutralnej oraz wynikającej z określonej „wizji” kultury można uznać za praktyczną implikację dwóch wolności Berlina. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z władzą publiczną, która się nie wtrąca, która dotuje podległe jej instytucje, a następnie rozlicza je za pomocą miar ilościowych – liczby premier, liczby uczestników, liczby występów w kraju i za granicą. W drugim władza ma konkretny pomysł na to, czemu ma służyć kultura, na przykład rozwojowi intelektualnemu obywateli, rozwijaniu postaw krytycznych, zachęcaniu do samodzielnego myślenia. Ale może się również okazać, że pomysł władz na kulturę polega na promowaniu „jedynej właściwej” opcji patriotyzmu, związanej z konkretnym wyznaniem lub zbiorowością etniczną, krzewieniem jednej wersji historii, a także określonego typu światopoglądu. A zatem co lepsze – wizja czy brak wizji?

Osobiście opowiadam się za polityką kulturalną z wizją. Ale „wizję” rozumiem tu przewrotnie – jako zachętę do samodzielności, różnorodności, otwartości i tolerancji. Jako stwarzanie szerokich możliwości rozwoju sztuki krytycznej. Ktoś mógłby powiedzieć, że sztuka krytyczna może rozwijać się i w państwie bez wizji. Może. A jednak jej brak grozi zepchnięciem kultury na margines, do statusu „kwiatka do kożucha”. Ostatecznie zaś do nieuchronnego cięcia dotacji, bo przecież jak wiadomo kołdra jest zbyt krótka, a ważniejsze są autostrady i kopalnie.

Kamila Lewandowska

[1] Dunin K., Karaboska kulturykampf, Krytyka Polityczna Dziennik Opinii nr 139/2015 (923) http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20150519/karaboska-kulturkampf

[2] Zespół ekspertów ds. polityki teatralnej jest wspólną inicjatywą dwóch instytucji – Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie i Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.