Partycypacja? tak/nie (niepotrzebne skreślić)

Data publikacji: 16.04.2015
10 minut
Do niedawna partycypacja była dla nas marzeniem, potem aspiracją, w końcu osiągnęła status konieczności. Demokratyzowanie procedur podejmowania decyzji w mieście stało się fetyszem. Udział mieszkańców w konsultacjach dokumentów strategicznych i projektowaniu budżetów okazał się niezbędny do tego, by z czystym sumieniem móc powiedzieć, że żyjemy w demokracji.

polis

Bezpośredni udział obywateli w rządzeniu nie jest odkryciem ostatnich dekad, czy nawet XX wieku. Jest to najstarsza znana nam demokratyczna metoda rządzenia, którą par excellence realizowano w starożytnym polis. Według znakomitego amerykańskiego politologa Roberta Dahla [1] dla starożytnego Greka nie do pomyślenia był, zgodny z późniejszą tradycją republikańską, reprezentacyjny sposób rządzenia. Ateńczycy o obowiązkach, prawach i polityce decydowali na zgromadzeniach. Towarzyszyło im przekonanie, że tylko w stowarzyszeniu z innymi człowiek ma szansę na pełnię człowieczeństwa i osiąganie doskonałości. Dahl rozumie, że taki sposób podejmowania decyzji był możliwy tylko w społeczeństwach stosunkowo niewielkich (Ateny liczyły 40 tysiący obywateli, ale w praktyce w zgromadzeniach brało udział około 2 tysiące) i jednorodnych pod względem kulturowym, majątkowym, jak również stylu życia, bo demokracja bezpośrednia wymaga sporej ilości wolnego czasu. Dlatego w miarę powiększania się terytoriów państw, a następnie tworzenia się państw narodowych stało się jasne, że rządzić nie mogą wszyscy. W ten sposób ukonstytuowała się instytucja rządu przedstawicielskiego.

Historycy i politolodzy toczą spory o to, kiedy właściwie powstała idea reprezentacji, którą można by uznać za źródło współczesnego rządu przedstawicielskiego. Choć podglebia dostarcza tu tradycja republikańska sięgająca starożytnego Rzymu, to jednak, według Andrzeja Waśkiewicza, idea reprezentacji jest wynalazkiem nowożytnym. Demokracja z rządów ludu przekształciła się w rządy mniejszości, a demos służył temu, aby tę mniejszość legitymizować za pomocą ściśle określonych procedur. W miarę konstytuowania się państw, rozrastała się maszyneria instytucjonalna, co doprowadziło do znacznego pogłębienia dystansu między demos a rządem.

Według Dahla dystans ten pogłębił się jeszcze bardziej w XX i XXI wieku, wraz z przeobrażaniem się państw w poliarchie. Tak Dahl nazwał ustroje, w których prawa obywatelskie przysługują względnie dużej części ludności, gwarantując jej możliwość wyboru przedstawicieli w wolnych wyborach, wolność słowa i dostęp do informacji, a także wolność zrzeszania się. To w poliarchii staje się możliwe urzeczywistnienie ideałów państwa liberalnego, gdzie wolność jednostki w jej sferze prywatnej uważa się za wartość podstawową, a jednocześnie udział w sferze publicznej (politycznej) ograniczony jest do minimum.

Od debaty do decyzji

Przywołany historyczny kontekst uświadamia, jak daleko to co dziś nazywamy demokracją odbiega od antycznego ideału bezpośredniego udziału w rządach. Wydaje się jednak, że partycypacja właśnie poprzez warunek „bezpośredniości” mogłaby nas do tego ideału nieco zbliżyć. Z tej nadziei wynika powszechne dziś, w dobie kryzysu demokracji, zainteresowanie partycypacją. W związku z tą nadzieję narosły również oczekiwania wobec rządu, o których pisze słynna propagatorka idei demokracji deliberatywnej Amy Gutmann: „Demokratyczne władze powinny być nastawione na wpajanie obywatelom przywiązania do życia polegającego na politycznej partycypacji”[2]. Pozostaje pytanie: jak robić partycypację? Skoro zgromadzenia wszystkich obywateli nie są już dziś możliwe, to jaka forma partycypacji może starać się je zastąpić?

Po odpowiedź sięgnijmy do Jürgena Habermasa [3], który powstanie społeczeństwa obywatelskiego wiązał z wykształceniem się w XVII wieku tzw. sfery publicznej. To przestrzeń między tym, co publiczne: monarchą i rozrastającą się w okresie merkantylizmu administracją i tym, co prywatne: sferą „rodzinną” obywatela. Sfera publiczna powstaje tam, gdzie ludzie gromadzą się, aby dyskutować – na dworze otwierającym podwoje dla wykształconego mieszczaństwa, ale przede wszystkim w miejskich kawiarniach. Debata jest nie tylko momentem rozważań towarzyskich, ale staje się również sposobem dochodzenia do konsensu w sprawach publicznych i politycznych. Właśnie w konsensie, będącym idealnym efektem praktycznego dyskursu, widzi Habermas możliwość komunikowania woli powszechnej i nadzieję na odnowienie demokracji.

Wydaje się, że oparcie procedur demokratycznych na debacie rzeczywiście stwarza zupełnie nowe możliwości. Amy Gutmann i Denis Thompson w książce „Why Deliberative Democracy?” [4] piszą, że deliberacja afirmuje potrzebę uzasadniania decyzji podejmowanych przez reprezentantów społeczeństwa, pobudza sferę publiczną, a także uczy postaw obywatelskich, takich jak odpowiedzialność za dobro publiczne, szanowanie odmienności i wzajemnych poglądów. Rzecz jasna, nie wszystkie decyzje można podejmować w drodze dyskusji. Proces deliberacji wymaga czasu, rozważane kwestie muszą być zrozumiałe dla uczestników, a debata powinna prowadzić do określonych rezultatów (podjęcia decyzji). Ta ostatnia kwestia jest wyjątkowo trudna, albowiem jak wiadomo nie każda dyskusja kończy się konsensem. Dahl stosuje rozróżnienie na „proces” i „substancję”. O ile proces deliberatywny możemy z grubsza uznać za realizację idei demokracji, to bez substancjalnych wyników ustrój ten jest zagrożony.

Postaw znak X tylko w jednej kratce

Jeśli partycypacja miałaby rzeczywiście tworzyć zręby współczesnego polis, to powinna opierać się na debacie publicznej. Tymczasem w Polsce najbardziej rozpowszechnioną formą zapraszania obywateli do współdecydowania są budżety partycypacyjne. Nie mają one nic wspólnego z debatą, a są, jak chce Kacper Pobłocki „czymś na kształt konkursu grantowego albo teleturnieju audiotele” [5]. Jeśli nawet oprócz głosowania przeprowadza się spotkania i dyskusje z mieszkańcami, to ich skutkiem są zwykle jedynie „kosmetyczne” zabiegi, jak „kosze na psie odchody czy stoiska rowerowe”, które nie prowadzą do żadnej systemowej zmiany.

Pobłocki widzi w partycypacji przede wszystkim środek manipulowania społeczeństwem: „władze dają mieszkańcom do dyspozycji jeden procent budżetu miasta (lub mniej) właśnie po to, by móc w większym spokoju dysponować pozostałymi dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami. Mają w ten sposób gotową odpowiedź na zarzut, że nie liczą się z potrzebami mieszkańców” [5]. Osobiście daleka byłabym od przypisywania władzom wyłącznie makiawelicznych intencji. Niedobre jest jednak, że to, co rozumiemy pod pojęciem partycypacji w małym stopniu realizuje ideały demokracji opartej na wspólnym udziale w debacie, a w znacznie większym urzeczywistnia defekty poliarchii, w której decyzja obywatelska ograniczona zostaje do wyboru spośród stworzonych przez władzę opcji. W tym kontekście partycypacja bardziej przypomina referendum polegające na zakreśleniu jednej z dwóch odpowiedź (tak/nie) albo stawianie krzyżyka przy nazwisku kandydata. Realizuje więc cele demokracji agregującej, gdzie liczy się liczba głosów, a nie jakość argumentów. Nie prowadzi to w żadnym stopniu do odnowienia demokracji.

Takie rozumienie partycypacji dotyczy również kultury. Modne w ostatnich latach „oddawanie” władzy mieszkańcom polega na tym, że władze pozwalają im głosować na projekty kulturalne zgłoszone do budżetu partycypacyjnego albo w ramach konsultacji społecznych wyrazić opinię na temat właściwie już i tak gotowej strategii rozwoju kultury. Na spotkaniach z mieszkańcami urzędnicy wysłuchują żali i utyskiwań przedstawicieli organizacji pozarządowych, a potem wszystko wraca do normy. Może rację miał włoski socjalista Pietro Nenni: „demokracja polega na tym, że trzeba innym pozwolić się wygadać”.

 Kamila Lewandowska

[1] Robert Dahl, 2012, Demokracja i jej krytycy, Wyd. Aletheia

[2] Amy Gutmann, 2004, Cnota demokratycznego samoograniczenia, w: Paweł Śpiewak (red.) Komunitarianie: wybór tekstów, Wyd. Aletheia

[3] Jürgen Habermas, 2007, Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej, PWN

[4] Amy Gutmann, Denis Thompson, 2004, Why Deliberative Democracy?, Princeton University Press

[5] Kacper Pobłocki, 2013, Prawo do odpowiedzialności, w: Marcus Miessen, Koszmar partycypacji, Bęc Zmiana

Zdjęcie: Some rights reserved by fusion-of-horizons