Nie byli głupi

Data publikacji: 04.02.2015
10 minut
Odtwarzanie postaw okresu transformacji i perspektywa rozliczeniowa stanowiły główne wątki obchodów 25-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Dominantą rozliczeniowych debat była krytyka „terapii szokowej”, dość łatwa z punktu widzenia kogoś, kto już poznał jej następstwa. Oceny transformacji mogą być dziś lekcją dla kultury, która nie została w tamtym czasie poddana zdecydowanym reformom. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiło się kilka projektów nowej ustawy o organizowaniu działalności kulturalnej.

Wywiad-wyznanie Marcina Króla dla Gazety Wyborczej pt. „Byliśmy głupi” był najgłośniejszym artykułem GW minionego roku. Marcin Król gorzko w nim przyznaje, że on i jego koledzy, czyli kluczowi aktorzy okresu transformacji, zbyt mocno uwierzyli w teorie Hayeka i bajkowy świat neoliberalizmu. „Tusk, Bielecki, całe to gdańskie towarzystwo” – wymienia Król, zarazili się wiarą w sprawczą moc niewidzialnej ręki rynku. Obietnica wolnego wyboru, wolności konsumenckiej i obywatelskiej (nie ma znaku równości między konsumentem a obywatelem, ale liberalizm zbliża te dwa pojęcia) się spełniła. Ale rynek przyniósł też wiele zagrożeń, których ówcześni ewangeliści reform Balcerowicza zdali się nie doceniać, jak twierdzi Król. Pułapki nowego systemu wskazywali wtedy między innym ludzie kultury.

Podczas lektury „Komercjalizacji w kulturze”, na którą składa się seria tekstów wydanych w 1992 roku pod red. S. Golinowskiej rzuca się w oczy roztropność i wyważenie, jakie zachowało wówczas pewne grono ludzi kultury i ekonomistów w podejściu do realizowanych reform. To dość zaskakujące, bo wydawałoby się, że rozłam na entuzjastów nowej rzeczywistości i pogrobowców starego porządku musiał być wtedy szczególnie silny. Zwłaszcza w kulturze, której być czy nie być przed transformacją zależało od państwa, a której nowy porządek niczego nie gwarantował. Dlatego też zdumiewa, że zdrowy rozsądek i nie uleganie dogmatom były tak bardzo obecne właśnie w rozmowach humanistów i artystów.

Środowisko to jednogłośnie opowiedziało się za potrzebą dotowania kultury, nie pomstowano jednak na mechanizmy rynkowe i nie deprecjonowano rynku per se. Wskazywano co prawda, że, jak w 1989 r. pisał Marian Stępień: „myślenie kategoriami rynku powinno się zatrzymać i uwzględniać różne poprawki przed wejściem na teren zjawisk kulturalnych”. A jednak zdawano sobie sprawę, że w państwie demokratycznym nie ma odwrotu od rynku. Marian Golka, socjolog wskazywał nawet na jego wiele zalet. Rynek pozwala na rozwój pluralizmu światopoglądowego i wolność słowa, co posiadało szczególną wartość w kraju, w którym za odstępstwo od jednej słusznej ideologii przez lata groziły represje. Rynek przynosi korzyści społeczno-kulturowe, bo zmniejsza wytwarzanie dóbr niepotrzebnych. Pozwala na obniżanie kosztów i podnoszenie standardów. Przyspiesza obieg dóbr kultury (Golka miał tu na myśli zwłaszcza książki), a także umożliwia bardziej obiektywną, bo konsumencką miarę jakości sztuki. Jednocześnie jednak niesie ze sobą groźbę komercjalizacji, bo na rynku sprawdzi się przede wszystkim to, co może przynieść duży zysk. W taki sposób rynek hołduje potrzebom masowym, a te są najczęściej trywialne.

„Jesteśmy krajem tak biednym, że nie stać nas na niedotowanie kultury.”

Tak pisał A. Jarecki w Życiu Warszawy w czerwcu 1990 r. Według publicysty, na niewspieranie kultury przez państwo mogą sobie pozwolić tylko kraje rozwinięte, bo tam kultura konsumencka jest znacznie bardziej wyrafinowana, a rynek jest kształtowany przez potrzeby na wysokim poziomie intelektualnym. Mylił się. Nie ma jednoznacznego powiązania między dynamiką gospodarczą a subtelnością gustów. Cyprian Kosiński, żyjący w Szwajcarii inżynier chemik i biznesmen, który za pomocą kapitału z Grupy Rotschilda doprowadził do powstania łódzkiej Manufaktury, pisał w 1990 r.: „urynkowienie sztuki stało się na Zachodzie przedmiotem handlu, lokatą kapitału. Obiektem tego procesu są coraz częściej dzieła o ubogiej i stereotypowej wyobraźni.”

Grzegorz Dziamski, historyk i krytyk sztuki twierdził zaś: „Życie kulturalne w Polsce nie wróci do żadnej normy, ponieważ dawna norma została bezpowrotnie odrzucona, a nowa jest nikomu nie znana, ani tym, którzy operują przykładem Europy Zachodniej nie znając tamtejszych realiów, ani tym, którzy znają tamtejsze realia, ale taktownie nie eksponują całej swej wiedzy”. Realia zaś były i są takie, że za kulturę instytucjonalną na Zachodzie płaci państwo, a obszary rzucone na pastwę umasowionej konsumpcji, które dziś profesjonalnie nazywa się „przemysłami kreatywnymi”, nie oparły się komercjalizacji. W czasie, gdy dla polskich neoliberałów prywatyzacja była synonimem pozytywnego przeistoczenia, na Zachodzie 70-90 % budżetów instytucji kultury pochodziło z pieniędzy publicznych. Już wtedy zdawano sobie sprawę, że sponsoring i filantropia mogą być dodatkowym, ale w żadnym razie alternatywnym dla publicznego źródłem finansowania kultury.

Spółka spółce nierówna

Dziś ekonomiści i prawnicy, powołując się niestrudzenie na „przykłady zagraniczne” formułują własne pomysły na poprawę stanu polskiej kultury, zwłaszcza instytucjonalnej. Odważnie, ale bezrefleksyjnie używają przy tym sformułowań, które drażnią środowisko kultury: „urynkowienie” i „prywatyzacja”. A przecież prywatyzacja kultury na Zachodzie nie ma nic wspólnego z finansowym usamodzielnianiem się instytucji (więcej o tym w artykule sprzed tygodnia). Nie wyjaśniając dokładnie, co autorzy reform mają na myśli używając tego niechlubnego w Polsce słowa, wprowadzają być może niepotrzebny ferment.

Reformatorzy polubili również „spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością”, na zasadach której miałyby funkcjonować niektóre instytucje kultury. W roli autorytetu przywoływany jest tu system niemiecki, w którym niektóre teatry są spółkami z o.o.. Teatry te nie funkcjonują jednak jak „zwykłe” spółki (GmbH), ale tzw. spółki non-profit (gemeinnützige GmbH – gGmbH), co oznacza, że są zwolnione z podatku dochodowego od osób prawnych i podatku od działalności gospodarczej, a także mogą otrzymywać publiczne dotacje. Oznacza to także, że mogą prowadzić działalność gospodarczą, co jest zabronione w przypadku „typowych” organizacji non-profit (stowarzyszeń), dlatego ta forma prawna wybierana jest np. przez instytucje kultury, które chcą prowadzić odpłatne zajęcia edukacyjne lub sprzedaż wydawnictw. W formie gemeinnützige GmbH funkcjonuje między innymi słynny Berliner Ensemble, któremu bycie spółką nie przeszkadza w otrzymywaniu corocznej dotacji na poziomie 10,6 mln euro, co stanowi ok. 70% budżetu teatru. Jeśli tak wyobraża sobie „prywatyzację” Michał Kulesza, który w 2000 r. przygotował propozycję „urynkowienia” kultury, lub prof. Jerzy Hausner, który dopomina się o większą dywersyfikację podmiotów organizujących działalność kulturalną, to ich pomysły są warte spokojnej i rzeczowej debaty.

Problem w tym, że, jak się zdaje, autorzy propozycji reform nie tłumaczą swoich koncepcji lub niedostatecznie je konsultują. Pojawia się wiele pytań, przykładowo, w jaki sposób instytucje miałyby funkcjonować w formie spółki z o.o., a jednocześnie wciąż otrzymywać dotacje? Które teatry miałyby stać się spółkami, które fundacjami i kto ma o tym decydować? Przykłady zagraniczne powinny być dokładnie przeanalizowane i to nie tylko od strony technicznej, ale również jakościowej. To oznacza, że należałoby rozpoznać kierunek i intensywność związku między przeprowadzanym reformami i poziomem oferty kulturalnej. Tak, aby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą.

dr Kamila Lewandowska