Koszmar współpracy

Data publikacji: 08.04.2015
9 minut
Relacje kultury i biznesu można zaliczyć do kategorii „trudnych”. Oto do gabinetu prezesa wchodzi niepozorny człowieczek, wije się niezręcznie, coś tam mówi o sztuce. Prezes z pozycji skórzanego fotela patrzy z pobłażaniem, rzuca okiem na papier z „ofertą”, nieważne co, ważne ile potrzebujecie, resztę proszę ustalić z Panią Kasią z działu marketingu. Po uzyskaniu aktu łaski czas na popis sztuki negocjacyjnej. Trzy pierwsze rzędy dla VIP-ów, a przy wejściu duży baner, jeszcze dwa nad sceną. Jak to nie można? Przecież ostatnio na koncercie Eski wszędzie mieliśmy banery, musicie iść do przodu, głowami jesteście daleko w poprzednim systemie a tu mamy ka-pi-ta-lizm, proszę pana.

Sektor kultury jest polem konfliktów międzyinstytucjonalnych i międzysektorowych – jak wynika z badania „Jak uniknąć samotnej gry w kręgle w obszarze kultury?” zespołu ekspertów pod kierownictwem Tomasza Szlendaka. Badacze patrzą na kulturę jako przestrzeń rozgrywek polegających zarówno na współpracy, jak i konkurencji, tzw. koopetycji (neologizm pożyczony od Pasquinelliego). To oryginalny punkt widzenia, bo przyjęło się zakładać, że sektor kultury jest generalnie pozbawiony elementów silnej konkurencji, że w porównaniu ze sferą wolnorynkową jest to teren biedny, ale nieagresywny. Mimo jawnie konfliktogennej natury układu trójstronnego – publicznych instytucji kultury, organizacji trzeciego sektora i władz samorządowych oraz impasu „zbyt krótkiej kołdry” wierzyliśmy, że koniec końców wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

Szlendak pozbawia nas złudzeń. Wskazuje, że pole kultury lokalnej opanowały negatywne współzależności, polegające na nieustannej rywalizacji. Zamiast współpracy ma miejsce ścieranie się sprzecznych interesów i postrzeganie innych w kategorii przeciwników. Wzajemne niechęci potęguje przesadne przekonanie o własnej racji, nieumiejętność dialogu połączona z pogardą dla drugiej strony. To paradoks, że podmioty kultury funkcjonujące w sferze tych samych celów: szerzenia kultury, podwyższania standardów estetycznych, czy po prostu „ulepszania świata” tworzą ekosystem zwierzęcego współzawodnictwa, rządzący się prawami gry o sumie zerowej (zysk jednego oznacza stratę drugiego).

Konflikt zaostrza się wszędzie tam, gdzie zasoby są ograniczone, a ubieganie się o nie przybiera postać walki o byt. Takim rzadkim dobrem są w kulturze środki finansowe. W turnieju o nie biorą udział „żerujące” na pieniądzach podatników instytucje kultury oraz roszczeniowo-nadąsane NGOsy, a o wyniku rozsądza „zła z definicji” administracja. Konflikt na polu kultury żywi się tego rodzaju stereotypowymi wyobrażeniami. Dodatkowo, zdominowanie debaty międzysektorowej przez silne osobowości społeczników, wchodzących w role fundamentalistycznych nonkonformistów (choć często nonkonformizm jest tylko przykrywką do osiągnięcia własnych celów) uniemożliwia jakiekolwiek próby porozumienia.

Kulawa kwadryga

Szlendak wskazuje na jeszcze jednego gracza w środowiskowym bowlingu. Chodzi o lokalny biznes, który włącza się do gry z powodów wyłącznie utylitarnych. Nie rywalizuje z innymi o środki finansowe, a mimo to wzbudza antypatyczne reakcje. Jest bowiem tym, któremu się udało, a który nie chce dzielić się pieniędzmi i traktuje protekcjonalnie pozostałych graczy. Czasem bierze udział we wspólnej grze tylko po to, by go potem „dopieszczać” i „łechtać”. Innym razem chce wszystko przeliczać na zysk, oczekuje wskaźników, mierników, cenników i kwantyfikatorów. Jest jeszcze niedojrzały – jak twierdzi jeden z urzędników biorących udział w badaniu – goni za wynikami i sukcesem w tej niesympatycznej rzeczywistości wolnorynkowej i dlatego nie dostrzega innych spraw.

Urzędnicy dużo bardziej wczuwają się w sytuację biznesu niż instytucje kultury i trzeci sektor. Rozumieją potrzeby lokalnych przedsiębiorców, którzy chcą być rozpoznani jako sponsorzy, „no ale wiadomo, że w tle scenografii spektaklu teatralnego, czy koncertu symfonicznego nie postawi się banerów z napisami”. Inaczej jest w sporcie, „w sporcie jest tak naprawdę biznes”. Kultura to produkt „niemasowy”, sponsoring tej sfery nie zapewni lokalnej firmie widoczności, dlatego ciężko jest przekonać biznesmenów do współpracy. Przedsiębiorca lokalny to nie mecenas, jak na coś daje pieniądze, to chce na tym zarobić. Przedstawiciele instytucji kultury i NGOsów widzą w lokalnym biznesie przejaw „niskiego kapitału społecznego”, który jest nieodłącznym atrybutem kraju na dorobku. Reprezentanci organizacji pozarządowych bez ogródek przyznawali, że będąc prezesami firm pewnie sami raczej wspieraliby chore dzieci niż dawali na kulturę. Winą obarczają nie tyle biznes, co niewyedukowane społeczeństwo, które nie ceniąc kultury, nie doceni też i jej filantropa.

Badanie Szlendaka pokazuje, że w tym czteroczłonowym układzie: władze samorządowe, instytucje kultury, NGOsy i biznes najważniejsze jest kolesiostwo. Konflikty i napięcia rozładowują się wówczas, gdy w instytucjach i urzędach mamy „znajomości”. Między znajomymi wszystko można załatwić, szybko się dogadać, bez problemu coś wypożyczyć, wyświadczyć nieodpłatną przysługę. Wbrew pozorom, kolesiostwo Szlendak rozumie jako pozytywny przejaw relacji opartych na zaufaniu, kluczowym do budowania kapitału społecznego. Kolesiostwo jest mocno obecne także w relacjach kultury i biznesu. Zaangażowanie biznesu w lokalne przedsięwzięcia kulturalne jest najczęściej wynikiem prywatnych relacji z przedstawicielami kultury. Na nic profesjonalnie spreparowane oferty sponsorskie, jeśli nie znamy się z prezesem. Dlatego lokalni działacze kultury większy potencjał dostrzegają we współpracy z lokalnymi firmami, niż z „sieciówkami” z centralą w stolicy.

Mniej wskaźników, więcej przyjaźni

Jaki obraz lokalnej współpracy kultury i biznesu wyłania się z badania Tomasza Szlendaka? Krótko mówiąc: bardziej optymistyczny niż widzą go przedstawiciele kultury. Choć lokalny biznes w małym stopniu wspiera działalność kulturalną, to jednak zaangażowanie w kulturę wynika w większym stopniu z chęci wychodzenia naprzeciw potrzebom społeczności, niż osiągania własnego zysku. Przedsiębiorcy to nie drobnomieszczańska ciemna masa, którą cieszy wyłącznie komercyjna rozrywka. Przeciwnie, przedstawiciele lokalnego biznesu sami chętnie uczestniczą w przedsięwzięciach kultury wysokiej i chcą orientować się w jej sferze.

Z czego wynika więc problem w lokalnych relacjach kultury i biznesu? Wydaje się, że z co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, biznes, a po części i przedstawiciele kultury dążą do wypracowania za wszelką cenę „przejrzystych i wielowskaźnikowych miar efektywności działalności kulturalnej”, a także rodzaju „cennika usług kulturalnych” [1], które pozwolą na miarodajną ocenę korzyści ze sponsorowania elitarnych wydarzeń artystycznych. O ile rozmowa o korzyściach – partykularnych i społecznych płynących ze wspierania kultury jest możliwa, a nawet konieczna, to tworzenie „miarodajnych wskaźników” jest zamiarem skazanym na porażkę. Skoro nie możemy skwantyfikować społecznych korzyści płynących z uczestnictwa w kulturze, nie policzymy też biznesowego „zwrotu z inwestycji”. Po drugie, nabrzmiałe uprzedzenia na linii kultura-biznes uniemożliwiają zawieranie przyjacielskich, osobistych relacji, które są najbardziej płodnym podglebiem współpracy. Rozmowa jest lepszym medium niż oficjalne pisma. Na lokalnym polu współpracy kultury i biznesu powinniśmy raczej dążyć do odformalizowania relacji niż tworzenia kolejnych barykad.

Kamila Lewandowska

[1] Szlendak, T., „Rozładowania, albo jak uniknąć samotnej gry w kręgle w obszarze kultury?”, Kultura Współczesna 3(83)/2014

Obraz: Paul Cézanne Gracze w kartyWikimedia Commons