„Nie zaistniał w dziejach muzyki utwór, który by tak silnie wiązał się z historią kraju własnego twórcy”

Data publikacji: 18.11.2019
Autor: Beata Bolesławska-Lewandowska
8 minut

Wielki finał Eufonii – Polskie Requiem Krzysztofa Pendereckiego – zabrzmi 23 listopada w Bazylice Najświętszego Serca Jezusowego w Warszawie.

Sinfonia Varsovia
Fot. Bartek Barczyk / Sinfonia Varsovia

Krzysztof Penderecki (ur. 1933) w swej twórczości nigdy nie uciekał od tematów wielkich i znaczących, by wspomnieć choćby Pasję według św. Łukasza, ukończoną w roku Milenium Chrztu Polski – utwór, którym genialnie udowodnił, że kompozytor ultraawangardowy może stworzyć wybitne dzieło religijne, a wręcz sakralne. Sacrum jest zresztą w muzyce kompozytora silnie obecnym elementem, a on sam chętnie przyznaje się do chrześcijańskich korzeni i nieraz sięga do „wiecznych” ksiąg i tekstów związanych z Biblią, zarówno Nowego, jak i Starego Testamentu.

23.11 | Polskie Requiem – kup bilet! →

W nurt ten wpisuje się także Polskie Requiem – dzieło o ogromnej skali, rozmiarach i znaczeniu tak w twórczości kompozytora, jak i dla historii muzyki polskiej, które powstawało, z przerwami, przez całe ćwierćwiecze 1980–2005. Impuls przyszedł od przywódcy Solidarności Lecha Wałęsy, który w roku 1980 zaproponował Pendereckiemu skomponowanie utworu na uroczystość odsłonięcia w Gdańsku pomnika poległych stoczniowców. Ceremonia odbyć się miała w dziesiątą rocznicę tragicznych wydarzeń Grudnia ’70.

Tak powstała poruszająca Lacrimosa – przepiękny lament sopranu rozpięty ponad chórem i towarzyszącą mu orkiestrą. Podczas uroczystości odsłonięcia pomnika kompozycję odtworzono z nagrania w obecności tłumu zebranych. I trudno się dziwić, że kiedy w owym czasie wielkiego napięcia politycznego, jakie niósł ze sobą rok 1980, mocny głos Jadwigi Gadulanki rozbrzmiewał ponad wielotysięczną rzeszą ludzi, wrażenie było piorunujące. Sam kompozytor po latach wyznał, jakie towarzyszyły mu wówczas emocje:

Wzruszenie jakiego nigdy ani potem, ani przedtem nie przeżyłem. Padający śnieg, tysiące ludzi, skupienie. Co tu mówić – dotąd czasem w Lusławicach stają mi tamte chwile przed oczyma.

Początkowo Lacrimosa miała być pojedynczym utworem, jednak kiedy w maju 1981 roku zmarł legendarny przywódca Kościoła katolickiego w Polsce, Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński, kierowany szczerym impulsem kompozytor już następnego dnia, niejako „od ręki”, napisał chóralne Agnus Dei, wykonane dwa dni później przez krakowski chór w warszawskiej archikatedrze. I już wtedy w głowie kompozytora z wolna zaczął się rodzić zamysł requiem – mszy żałobnej ściśle związanej z wydarzeniami historyczno-politycznymi Polski XX stulecia. Twórca nie krył zresztą, że powstająca pomału rozbudowana kompozycja miała być wyrazem jego postawy ideowej, politycznej, a sam utwór – rodzajem publicznej wypowiedzi. W wywiadzie dla magazynu „Studio” w 1993 roku przyznał:

Oczywiście, gdyby nie ogólna sytuacja polityczna, Solidarność, nie stworzyłbym Requiem, mimo iż ten temat od dawna mnie interesował. Komponując je, chciałem zająć określone stanowisko, opowiedzieć się, po której jestem stronie.

W rezultacie także kolejne części dzieła przybierać zaczęły formę dedykacji określonym postaciom i wydarzeniom z historii Polski XX wieku. I tak Recordare, skomponowane w 1982 roku z okazji kanonizacji ojca Maksymiliana Marii Kolbego, poświęcone zostało pamięci męczennika, który oddał życie za współwięźnia w Auschwitz (ocalony wojnę przeżył i do końca swych dni świadczył o złożonej przez świętego ofierze). W części tej, uznawanej często za centralny punkt całego Requiem, słychać wyraźnie fragmenty kościelnej suplikacji Święty Boże, Święty mocny – melodii symbolicznej, bo śpiewanej we wszystkich polskich kościołach w czasach PRL z błaganiem o wyzwolenie kraju spod jarzma komunistycznych rządów. Spośród kolejnych części Dies irae zadedykowane zostało bohaterom powstania warszawskiego, Libera me poświęcone jest jeńcom wojennym zamordowanym w Katyniu, a Quid sum miser ofiarom powstania w warszawskim getcie. Wszystko to sprawia, że – jak słusznie zauważył biograf kompozytora Mieczysław Tomaszewski –

Nie zaistniał w dziejach muzyki utwór, który by tak silnie wiązał się z historią kraju własnego twórcy.

W roku 1984 Polskie Requiem przybrało już wieloczęściową postać i tak istniało przez szereg kolejnych lat, jednak w roku 1993 kompozytor dodał Sanctus, które – jak tłumaczył później – miało być światłem rozjaśniającym mroczną dotąd harmonikę i dramatyczną ekspresję utworu. Dopełnieniem zaś stała się skomponowana w roku 2005, po śmierci papieża Polaka, Jana Pawła II, czysto instrumentalna, pełna melancholii i nostalgicznej zadumy Ciaccona. W ten sposób utwór będący świadkiem najważniejszych wydarzeń w historii Polski XX wieku zyskał swą finalną postać.

Krzysztof Penderecki zdawał sobie sprawę, że tak otwarte wpisanie dzieła w kontekst historyczno-polityczny może być ryzykowne. W pierwszym ze swych Wykładów na koniec wieku, mając na myśli m.in. Polskie Requiem, pisał:

Nie wiem, czy zbytnio nie zgrzeszyłem – właśnie wobec wolnego „ja” – ulegając imperatywowi polityki i narodowego etosu. Dzieła takie jak Polskie Requiem […] – jakkolwiek posiadają autonomiczny byt artystyczny – są narażone na odczytania bliskie publicystyki. Boję się mieszania porządków, nie chciałbym, by muzyka ta – pisana w określonym czasie – była tłem dla czegoś innego, ulegając tym samym spłyceniu.

Wydaje się jednak, że w przypadku tego dzieła obawy nie są uzasadnione, bowiem jego siła czysto muzyczna pozostaje elementem bezsprzecznie stawiającym Polskie Requiem na jak najwyższej pozycji artystycznej. A fakt, że jest ono jednocześnie ważnym świadectwem czasów, w których powstawało, w żaden sposób nie umniejsza rangi samej muzyki – pełnej kontrastów, łączącej elementy wielorakich stylów i technik typowych dla XX wieku, znakomicie skonstruowanej pod względem narracyjnym i dramaturgicznym, a przede wszystkim intensywnej w ekspresji, przejmującej i głęboko poruszającej.