Najnowszy ″Czas Fantastyki″ (zapowiedzi artykułów)

Data publikacji: 08.03.2013
33 minut

Prezentujemy zapowiedzi artykułów z najnowszego numeru "Czasu Fantastyki" nr 1 (34) 2013, którego współwydawcą jest Narodowe Centrum Kultury.

Dzięki życzliwości Narodowego Centrum Kultury cztery tegoroczne numery „Czasu Fantastyki” czytelnicy  pisma otrzymają gratis. Dotychczasowi prenumeratorzy egzemplarze kwartalnika otrzymają pocztą. Takich przesyłek mogą się też spodziewać najwierniejsi prenumeratorzy "Nowej Fantastyki".  O pojedyncze bezpłatne numery prosimy upominać się w firmowej księgarni Prószyński-Media (ul. Rzymowskiego 28, Warszawa), a także w księgarni NCK (ul. Płocka 13, Warszawa).

Pismo będziemy również rozdawać na najciekawszych, najbliższych konwentach: Pyrkon 2013, Wrocławskie Dni Fantastyki, Nidzica, Awangarda … na horyzoncie!!!

Osobom, które przyślą na adres redakcji kwartalnika ofrankowane, zaadresowane na siebie koperty, gratisowe numery tego i następnych „CzF” zostaną wysłane pocztą.

 

WSTĘPNIAK

Drodzy Czytelnicy! W styczniu odeszli pionierzy ruchu fantastów w Polsce - Krzysztof Papierkowski z Gdańska i Paweł Porwit z Poznania. Obaj byli wojskowymi, co ułatwiało załatwianie fanowskich spraw w urzędach zaraz po stanie wojennym.  Paweł (z Jackiem Wójciakiem) wydawali fanzin „Kwazar”, zupełnie profesjonalny jak na przełom lat 1970/80, kiedy nam się o „Fantastyce” jeszcze nie śniło.

Sylwetkę Krzysztofa przedstawia współpracownik i przyjaciel, Grzegorz Szczepaniak. Prezentowane tu zdjęcia Pawła wyszukał Radek Kot z Poznania pisząc przy okazji: „Niestety, zdjęcia Pawła z Papierem albo Jackiem Wójciakiem nie mam.(…) Nie wiem czy pamiętasz, ale Paweł też nosił mundur (czasem przychodził w nim do klubu po służbie), tyle, że zielony, pancerniaków. Zajmował się w jednostce na Sołaczu sprzętem”.  I o Papierze: „Trochę pisaliśmy do siebie jesienią, głównie o książkach i tłumaczeniach. Bardzo trzeźwo oceniał swoje szanse. W jednym z maili napisał:  >>Gdy będę odchodził, to wielu rzeczy będzie mi żal. Między innymi - książek nieprzeczytanych.<<". Zapewne, kiedy przyjdzie pora, powtórzy to za Papierem każdy miłośnik fantastyki, każdy fan.

Maciej Parowski

SZKICE

Paweł Majka : Miasta runą. Miasta w fantastyce

Kilka lat temu na Pyrconie zorganizowano panel dyskusyjny na temat miast w fantastyce. Dyskutantów, było tak wielu, że żaden właściwie nie zdążył wypowiedzieć się w pełni.  Wracając z konwentu i sumując z kolegą imprezę, niespodziewanie odnaleźliśmy trop przez nikogo nie podjęty. Otóż  fantaści nie darzą nadmierną sympatią tego, co nam może się wydawać ostoją, a nawet symbolem współczesnej cywilizacji. Miasta są przez autorów fantastyki traktowane gorzej niż najpodlejsze postaci z ich powieści. Przydarzają się im bez ustanku straszne rzeczy – są oblegane i zdobywane, niszczone i plądrowane. To właśnie one bywają zwykle siedzibami zła i występku.

Janusz Cyran: Spadając (rzecz o skoku Baumgartnera)

Słucham niemal codziennie radia, przy śniadaniu. I usłyszałem niedawno taką oto opinię. Człowiek współczesny w ciągu jednego dnia odbiera więcej informacji, niż człowiek renesansu w ciągu całego życia. Przypomniało mi to wypowiedź sprzed wielu lat, że jakoby w naszych czasach dziecko dwunastoletnie posiadało większą wiedzę niż uczony, powiedzmy, szesnastowieczny, choćby Mikołaj Kopernik. Jednak trzeba przyznać, że próbuje się nas obecnie faszerować ogromną liczbą różnorodnych informacji. Na przykład całkiem niedawno pewien popularny portal internetowy poinformował, że Feliks Baumgartner, spadając swobodnie z wysokości około czterdziestu kilometrów, przekroczył prędkość światła.

Leszek Blaszkiewicz: Solaris i Tatoine (porównanie fikcyjnych planet znanych każdemu miłośnikowi SF)

Przeświadczenie o wyjątkowości Układu Słonecznego było naturalną konsekwencją wielowiekowej wiary w słuszność modelu geocentrycznego opracowanego przez Hipparcosa z Nikei, a rozpropagowanego przez Ptolemeusza w jego dziele Almagest.

Idealnie koliste epicykledeferenty, po których poruszały się planety, Słońce oraz Księżyc, a wszystko zamknięte w sferze gwiazd stałych z czasem nie wystarczyły. By wyjaśnić pewne zjawiska wprowadzono punkt wyrównawczy - ekwant, wokół którego krążył cały układ. To właśnie ekwant, znajdujący się poza Ziemią, jako niezgodny z ówczesnymi przekonaniami i sposobem budowania modeli skłonił Kopernika do działania.

Waldemar Miaśkiewicz:  XXX-lecie komiksu w „Fantastyce”! Fantastyka w komiksie (3)

Wypowiadając o Międzynarodowym Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi wszyscy musieli przyznać, że impreza, którą kiedyś odkrywała właśnie „NF” stała się teraz samodzielna, samowystarczalną i nomen omen międzynarodową. Fantastyka wyznaczająca trendy, dostrzegająca nowe zjawiska dziś walczy o każdego czytelnika (rynek prasy nie rozpieszcza wydawców i publicystów) i co warte odnotowania robi to z klasą i dawną pasją (zwłaszcza zasilona świeżą krwią redaktorską). Nie wydaje się jednak by udało się na łamach pisma powtórzyć zjawisko popkulturowe jakim był Funky Koval. Toteż ostatni album rozbity na dwanaście numerów na przełomie 2010/2011 należy odczytywać jako symboliczne domkniecie tamtej epoki. Systematycznie z komiksem obcują już dziś tylko czytelnicy „CzF” gdzie stale pojawia się Ratman, Tomka Niewiadomskiego (i bywa współpracowników),  który też narodził się na łamach „Nowej Fantastyki”.  Teraz flagowe pismo miłośników fantastyki zmierza w kierunku literatury, a komiks odnotowywany jest przede wszystkim w dziale publicystyki (nomen omen bardzo dobrej i niemającej w zasadzie papierowej konkurencji).

Jerzy Szyłak: O przełamywaniu schematów (fragment książki „Komiks w szponach miernoty”)

Wielu miłośników komiksu skłania się ku temu, by (do upadłego) bronić tezy, że jest on jakąś odmianą twórczości plastycznej. Robiąc to narażają jednak komiks na - jak najbardziej trafne - zarzuty, że jest on twórczością plastyczną najniższych lotów. Ponieważ komiks jest opowiadaniem. I jako opowiadanie został wykluczony z obszaru sztuk plastycznych przez twórców, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z «literaturą», gdyż dążyli do oczyszczenia uprawianej przez siebie dyscypliny z wszelkich form zależności od czegokolwiek i nie godzili się pójść na kompromis z pisarzami. [...] Próżno dziś dyskutować o tym, czy owo wykluczenie i radykalne rozdzielenie sztuk było słuszne, czy nie. Faktem jest, że nastąpiło i dziś na Akademiach Sztuk Pięknych nie uczą przyszłych malarzy i grafików, jak rysować komiksy, chociaż zdarza się, że przyszli rysownicy komiksów podejmują studia na Akademii i potem psioczą na wykształcenie, jakie tam odebrali i na profesorów, którzy odwodzili ich od rysowania historyjek obrazkowych.

Grzegorz Szczepaniak: Papier. In memoriam (wspomnienie o Krzysztofie Papierkowskim)

Krzyszfo Papierkowski (1944-2013) należał do elitarnego grona Smoków Fandomu, ale największy wpływ wywarł na fanów z Trójmiasta. Swoją działalność rozpoczął w Klubie Fantastyki „Collaps” na początku lat 80. XX wieku. Kiedy po nieudanej współpracy z PSMF KF „Collaps” nie mógł się zarejestrować w UM Gdynia (pluralizm socjalistyczny nie przewidywał istnienia niezależnych organizacji, jeśli funkcjonowała już jakaś właściwa im krajowa centrala – w tym wypadku PSMF), Papier stał się orędownikiem powołania federacji klubów fantastyki z terenu ówczesnego województwa gdańskiego pn. Gdański Klub Fantastyki. W celu zarejestrowania tego stowarzyszenia (co ostatecznie nastąpiło w lutym 1987 roku) odwiedzał nawet MSW w Warszawie w swoim oficerskim mundurze.

Papierkowski był wieloletnim prezesem GKF (w kilku nienastępujących po sobie kadencjach), a po ostatecznym rozstaniu się z tym stanowiskiem otrzymał od członków Klubu tytuł Honorowego Prezesa. Nie powstrzymało go to jednak od dalszego angażowania się w działalność klubu, której nie zaniechał nawet walcząc z – jak się okazało – śmiertelną chorobą.

Wojciech Kajtoch: Parę słów o Borysie Strugackim

Główny powód dla którego nie zdołaliśmy w Polsce poznać Borisa Strugackiego w takim stopniu, w jakim należało, tkwił w tym, że praca nad wspomnianymi powieściami była tylko ułamkiem jego działalności w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

Boris Strugacki przede wszystkim w tym okresie pełnił rolę, którą wypadnie określić mianem znanego i szanowanego autorytetu społecznego. Udzielił setek wywiadów nie tylko o fantastyce i swojej z bratem twórczości, ale na temat bieżących, rosyjskich, społecznych i politycznych problemów. Konsekwentnie bronił ideałów demokracji, wielokroć stając w opozycji do rządów Władimira Putina. Na przykład publicznie bronił Michaiła Chodorkowskiego, nawołując do uznania go za więźnia politycznego, co w Rosji nie jest oczywiste.  Był także strażnikiem  spuścizny literackiej, którą tworzył przez lata z bratem. Jej objaśnianiu i komentowaniu służyły m.in. od 1998 roku publikowane on-line odpowiedzi na pytania czytelników (w sumie: 8620 odpowiedzi).

Przemysław Pieniążek: Seans na skraju drogi (rzecz o filmowych adaptacjach prozy braci Strugackich)

Wśród mnogości zagadnień poruszanych przez Strugackich niezmiernie ważne wydają się ostrożne pytania oraz wymykające się jednoznacznej interpretacji odpowiedzi na temat istoty dobra i zła, niedoskonałości ludzkiej natury czy granic (samo)poznania. Filozoficzne rozważania na temat etyki, jak również odpowiedzialności jednostki za samą siebie oraz bliźnich (także rozpatrywanych w kategorii Innego) szły u nich w parze z refleksją nad dysfunkcjami systemów społecznych, przybierających kształt ustrojów faszystowskich czy totalitarnych. Ta humanistyczna perspektywa sprawia, że twórczość rosyjskich klasyków inspiruje kolejne pokolenia reżyserów, ze zmiennym powodzeniem próbujących przełożyć ją na język filmu.    

 

ROZMOWA

Fani – ludzie z pasją (z socjologiem doktorem Piotrem Siudą rozmawia Michał Chudoliński)

Niektórzy naukowcy wskazują, że fani istnieli już w XIX wieku. Chodzi o kobiety interesujące się powieściami Jane Austen.  Tworzyły one coś w rodzaju klubów korespondencyjnych, członkinie pisały do siebie listy o utworach autorki i przesyłały amatorskie przeróbki jej dzieł. Porównanie klubów z dzisiejszym fanizmem (publikacje fanowskie) byłoby jednak naciągane  –zgadzam się raczej z poglądem, że zjawisko współczesnego fandomu wiele zawdzięcza kibicowaniu widowiskom sportowym. Słowo fan zostało po raz pierwszy użyte (tak, jak ujmujemy je dzisiaj) na początku XX wieku, aby określić męskiego entuzjastę boksu. Stopniowo, wraz z rozwojem mass mediów w Stanach Zjednoczonych, pojęcie to zaczęto stosować wobec entuzjastów objazdowego kina nickelodeon, a później miłośników muzyki i seriali telewizyjnych. Pierwszym fandomem, w którym wyróżniono wszystkie elementy kultury fanowskiej (tak, jak rozumie się ją obecnie), była amerykańska społeczność wielbicieli serialu Star Trek emitowanego w latach 60. XX wieku.

KOMIKS

Tomasz Niewiadomski: Ryba Fugu

Tomasz Niewiadomski: Podróżnicy

 

FELIETONY

Jakub Ostromęcki: Powstanie styczniowe w  alternatywnych światach – 2 odsłony

Techniki wodzenia czytelnika za nos, zastosowane na początku Gambitu Wielopolskiego przypominają mi Wrzesień Pacyńskiego. Tam, sugerując się również okładką, przez kilka stron obserwowaliśmy sceny batalistyczne skonstruowane na tyle ogólnie, że musiały one kierować nasze myśli ku wojnie obronnej 1939 r. Dopiero w ostatnim zdaniu w jakieś kryte strzechą kurne chaty wjeżdżał nagle amerykański czołg, który sądząc po nazwie modelu powstanie dopiero za kilkanaście lat. U Przechrzty w eleganckim pociągu jadą rosyjscy oficerowie i dama. Dobre maniery tychże oficerów wykluczają Rosję dzisiejszą, nie mówiąc o Sowietach – a zatem jak nic XIX wiek. Problemem jest ich „pociąg”, który…zasuwa około 500 kilometrów na godzinę.

Lewandowski w powieści „Orzeł bielszy nie gołębica” nawiązuje do powstania styczniowego w sposób bezpośredni. Pisze powieść z polskiej, buntowniczej perspektywy. Opinię o naszych adwersarzach uwidacznia już na jednej z pierwszych stron mówiąc o „wziętych w sołdaty, zabobonnych ruskich mużykach”. Koniec z petersburskim blichtrem, manierami, ukłonami. Rosja, choć opisana z oddali jest posępna i krwawa. Powstanie styczniowe Lewandowskiego powiodło się. Większość obszaru Kongresówki znajduje się pod polską administracją. Oczekujemy przybycia króla Jana z dynastii Wettynów, który ma objąć polski tron w myśl postanowień Konstytucji 3 maja. Do tego czasu władzę sprawować będzie dyktator Romuald Traugutt, pod koniec książki sportretowany niczym sienkiewiczowski Chrystus w mundurze.  Pokonanie Rosji możliwe było dzięki wynalazkom technicznym. Otóż Ignacy Łukasiewicz na 50 lat przed I wojną światową stworzył czołg  – tutaj ochrzczony mianem twardochodu.

Sławomir „Villmar” Jurusik: Żonglując inspiracjami (rzecz o „Panu Lodowego Ogrodu”)

Widać, że Grzędowicz nie chciał dopuścić do „pogryzienia się” dwu konwencji, dlatego też zrezygnował z modelu bohatera wspieranego przez zelektronizowane gadżety, broń palną i inne fajerwerki. Wytłumaczył ich brak w prosty sposób – otóż typowe zdobycze ziemskiego postępu na Midgaardzie nie funkcjonują, a nawet gdyby tak było, mogłyby zbytnio zachwiać wypracowaną przez lata wizją świata autochtonicznego ludu zamieszkującego planetę. Wskutek tego bohater przechodzi gruntowne przygotowania z rozmaitych sztuk walk, zapoznaje się z różnymi rodzajami broni białej oraz dostaje pakiet wykształcenia niezbędnego do przetrwania w obcym miejscu.

Sławomir Grabowski: Potęga niebyła (rzecz o „Mocarstwie” Marcina Wolskiego)

Kolonializm panuje dłużej, dzięki czemu możemy pochwalić się kolonią - a jakże, Madagaskarem. Na terenie mniej więcej Białorusi powstaje… Republika Żydowska, a antysemityzm jest silniejszy, bo nie został całkowicie skompromitowany nazistowskimi teoriami rasowymi. Pewien młody pisarz, niejaki Zajdel, pisze fantazje o… holokauście, przyjmowane z dużym sceptycyzmem, bo przecież to czysta fantastyka (w powieściowym świecie do niego nie doszło). Osiągnięcie mocarstwowości nie było możliwe bez pewnej dozy makiawelizmu, więc powieściowi Polacy zostali już niejako przemodelowani i akceptują niezupełnie czyste zagrania polskich polityków czy służb specjalnych. Podobnie, zniechęceni konfliktowością demokracji parlamentarnej, rozumieją konieczność tymczasowego wprowadzenia stanu wyjątkowego. Fabuła, jak zwykle u Wolskiego, jest udanym melanżem sensacji i intryg szpiegowskich z domieszką problemów sercowo-łóżkowych, pełną niespodzianek. Pewne kluczowe rozwiązanie fabularne jest wyraźną kalką katastrofy smoleńskiej – tylko się cieszyć, że autor trzyma rękę na pulsie i nie omija niewygodnych tematów, choć interpretowanie faktów i wartościowanie zachowań polityków może sprawiać wrażenie nadmiernie upolitycznionego. Co prawda Mocarstwo nie jest w takim stopniu political fiction jak Cud nad Wisłą czy Post-polonia tegoż autora, ale w pewnym momencie silnie ku tej konwencji dryfuje.

Stefan Sękowski: Polska jako Westeros (rzecz o „Koronie śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej)

Przemysł przedstawiony przez Cherezińską w „Koronie...” to człowiek z krwi i kości. Dorastający w cieniu opiekuna, Bolesława Pobożnego, chce manifestować samodzielność. Czyni to wymuszając na stryju możliwość wyboru żony – wybór to ograniczony do dwóch kobiet, jednak zawsze wybór. Później ucieka z niewoli Pobożnego, by udać się do Henryka Probusa, władcy Śląska i wdać się z nim w ryzykowny sojusz. Z czasem Przemysł dojrzewa, nabiera wiedzy o układach i regułach funkcjonowania na arenie politycznej w otoczeniu, dybiących na życie i ziemie bliższych i dalszych krewnych. Wniosek: trzeba dążyć do zjednoczenia polskich księstw i cofnięcia zgubnego działania spisanego w dobrej wierze testamentu Krzywoustego. Ale Przemysł to nie tylko władca, to także mąż i ojciec. Cherezińska widzi w nim troskliwego mężczyznę, kochającego najmocniej drugą żonę, Rikissę, ale także trzecią, Małgorzatę i pierwszą – Lukardis (Ludgardę).

Przemysław Pieniążek: Król Grand Guignol (portret Vincenta Price’a)

Elegancki, mierzący ponad metr dziewięćdziesiąt dżentelmen z charakterystycznym, cienkim wąsikiem oraz lekko skrzekliwym głosem, do dziś pozostaje ikoną filmowego gotyku, choć w jego imponującym repertuarze można odnaleźć role sir Waltera Raleigh, kardynała Armanda Jeana Richelieu czy Giacomo Casanovy. Był znanym kolekcjonerem dzieł sztuki oraz hojnym mecenasem: w 1951 roku przekazał ze swoich zbiorów dziewięćdziesiąt eksponatów na rzecz East LA College. Także kulinaria nie miały przed nim tajemnic – napisał kilka książek kucharskich oraz prowadził autorski program „Cooking Price-Wise”. W życiu prywatnym ten trzykrotny mąż i ojciec dwójki dzieci pozostawał człowiekiem niezwykle przesądnym: ponoć drzwi jego domu zdobił krzyż, mezuza oraz podkowa. Ot, tak na wszelki wypadek.

Michał Cetnarowski: Przyszłość, nasze przeznaczenie (rzecz o antologii „Futuronauta. Najlepsze teksty futurystyczno-naukowe”)

W skrótowości formy, w nasyceniu starymi-nowymi konceptami, w twórczym odwołaniu się do skonwencjonalizowanych wizji przyszłości, które już się nie spełnią (scenografie cyberbunku czy wellsowskiego post-apo) – czuć w tym dawnego ducha napędzającego futurologię i literaturę. Ilość nie przechodzi w jakość – ale w sporym zagęszczeniu motywów łatwiej o krótkie spięcie skojarzeń, ożywcze skrzywienie perspektywy, wyższą kaloryczność spostrzeżeń, nawet jeśli dotyczą tego, co już znamy. Wytrawny czytelnik nie znajdzie tu może wiele dla siebie – ale po podobne zbiorki powinni sięgać przynajmniej wszyscy wanna be fantaści, żeby dowiedzieć się, co powinno być poziomem minimum przyzwoitego tekstu SF i co od początku należy w swoim pisaniu przekraczać.

Krzysztof Głuch: Dzięki Marksu mamy kapitalizm…(rzecz o „Cofnięciu czasu” Henrego Hazlitta)

Świat widział zapewne wiele utopii, ale literackie filary stworzyli przed Drugą Wojną Światową najpierw Zamiatin w powieści „My”, a następnie Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”. Obydwie wizje, choć opisują śmierć indywidualizmu i z reguły wymieniane są na jednym oddechu, w rzeczywistości stoją na dwóch biegunach i wykluczają się. Zamiatin, który oglądał (i zapewne współtworzył) narodziny totalitarnej bolszewickiej Rosji pisał o utopii totalitaryzmu, gdzie reguły społeczne narzuca rządząca przemocą partia. Huxley, obywatel wolnego świata, obserwujący (i zapewne współtworzący) marzenia współczesnej mu ideologii eugenicznej, opisał utopię liberalną, w którym kaganiec zakłada sobie samo wolne społeczeństwo w pragnieniu szczęścia.

Tomasz Łupina: Szczególny przypadek połknięcia Zeppelina (polemika z Adamem Krzemińskim)

U Krzemińskiego pragnienie bycia docenionym najwyraźniej łączy się z pragnieniem podlizania się. Choć trzeba przyznać, że robi to, hmm... dość wykwintnie, błyszcząc inteligencją i wazeliną w miejscach, gdzie pozuje na zdystansowanego, nieco cierpkiego w osądach arbitra. Tak więc wciśnięcie czytelnikowi „Süddeutsche Zeitung” porównania twórczości pisarza książek przygodowych z XIX stulecia z dziełami ograniczonych polskich fantastów z XXI, którzy pojęcia nie mają, że coś tam powielają, daje niejednemu z niemieckich czytelników możność uświadomienia sobie, jak bardzo naród polski musi być zacofany, skoro nawet jego marzenia są „wtórne”, przez nas, Niemców, już przezwyciężone, lokomotywa zbiorowej wyobraźni Lechitów działa dzięki podzespołom na niemieckiej licencji sprzed grubo ponad stulecia. To co dla nas, Niemców, jest podłogą, dla Polaków wciąż stanowi sufit. Kto wie, może ta rozdmuchiwana wciąż na nowo awantura o Lebensraum wydarzyła się też przy okazji szerzenia cywilizacji na wschodzie... Innym razem młody (niespełna siedemdziesięcioletni), wykształcony z aglomeracji popuszcza wazelinę, kiedy stwierdza, iż „fantasta z nadreńskiej prowincji(...). Tak samo dzieli Europę, według własnego widzimisię, jak czynią to narodowi konserwatyści z Warszawy”. Polska to intelektualny zaścianek, tak, wiemy, wiemy.... Jakiego jeszcze rodzaju kompleksy naszych sąsiadów obsługuje swym talentem Krzemiński? Nie będąc psycho-socjologiem poprzestaję na oczywistym.

Prawdopodobnie również to samo intelektualne służalstwo wraz z pragnieniem identyfikowania się z opinią większości, sprawiają, że piszący dla „Süddeutsche Zeitung” autor przekracza granice absurdu, pisząc: „Niektórzy dają ujście dla swej fantazji w grach komputerowych. W grach video mogą się też wyżyć do woli. Według sondaży co czwarty Polak jest przekonany, że do katastrofy w Smoleńsku(...) doszło w wyniku zamachu.” Dwa pierwsze zdania oznajmiają fakt zamiłowania niektórych ludzi do pewnego typu gier. Zdanie ostatnie stwierdza, iż jedna czwarta Polaków nie wierzy oficjalnym wyjaśnieniom pewnego tragicznego zdarzenia. Nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego miedzy zdaniami 1. i 2. a zdaniem 3. -  odnoszą się do różnych zjawisk i porządków.

Poza skłonnością do robienia dobrze silniejszemu, tekst „Gdyby Hitler nie miał wąsów” ujawnia  bardziej złowrogi nawyk autora, przypuszczalnie również nabyty w latach, kiedy jego pióro obsługiwało kompleksy i pretensje komunistycznych aparatczyków („Polityka”, kiedy w niej zaczynał, była – obok „Trybuny Ludu” – głównym organem walki ideologicznej PZPR).

 

SF NA ŚWIECIE I W SIECI

Paweł Laudański: Pisma padają, fanfiki rządzą, katastrofa za progiem (rzecz o nowych numerach rosyjskich pism SF)

Dmitrij Wołodichin zauważa, że wizje przyszłości w najnowszej rosyjskiej fantastyce są coraz bardziej pesymistyczne - katastrofy, rewolucje, degradacje...     W powieści  „Черная обезьяна” („Czarna małpa”) Zachara Priliepina – strasznie dzieciaki, genetycznie nieodróżniające dobra od zła, za to świetnie operujące nożami, uwalniają świat od grzesznych dorosłych.  „Русские сумерки” („Rosyjski zmierzch”) Olega Kułagina maluje Rosję przypominającą świat znany z projektu S.T.A.L.K.E.R - rozszerzające się strefy, cudaczne mutanty, drogocenne artefakty. Władzę przejęli wspomniani mutanci, wampiry i inne tatałajstwo: to zupełnie inny gatunek, okopany na górze, bezwzględnie eksploatujący normalnych ludzi. „Мы, народ” („My, naród”) Andrieja Stoliarowa pokazuje jak gigantyczny sztorm zmiata z powierzchni ziemi naszą cywilizację. „S.N.U.F.F.” Wiktora Pielewina ukazuje świat, w którym istnieją dwa państwa: cuchnący, prymitywny, ciemiężący poddanych Urkachanat (coś takiego mogłoby powstać z połączenia Rosji i Ukrainy), oraz zwariowane na punkcie kasy, newsów i szyku Bizancjum (czyli – dzisiejsza cywilizacja euroatlantycka). Żadne nie ma przed sobą przyszłości: przestępczy Urkachanat skończy w gównie, liberalne Bizancjum runie pod ciężarem zidiocenia i gniewu ludu.

Anna Dorota Kamińska: Czeski film, polskie zamki

Znowu odsunięto premierę ambitnego filmu fantasy „Ostatni z Aporveru”, łączącego grę aktorską z animacją narysowanych postaci i komputerowymi efektami. Film zawczasu porównywany do „Awatara” odwołuje się raczej do klimatu dzieł czeskiego reżysera Karela Zemana. W obsadzie m.in. jeden z synów Miloša Formana oraz izraelska aktorka i tancerka Tami Stronach. Jej rola Dziecięcej Cesarzowej w „Niekończącej się opowieści” wywarła przed laty na scenarzyście, Michale Helence, niezapomniane wrażenie. „Ostatni z Aporveru” ma być opowieścią fantasy, rozgrywającą się na odległej planecie z jej niezwykłą fauną i florą. Krajobraz tworzą tam wysokie na tysiące metrów grzyby, na których kapeluszach stoją miasta. W takiej scenerii rozegra się opowieść o wyprawie w celu uratowania Serca Aporveru - ośrodka życia całej planety. Zostało ono uszkodzone w chwili pierwszej bratobójczej walki. Jeżeli wyprawa skończy się fiaskiem, a serca nie uda się uratować, wówczas świat ogarną ciemności i zło.

Emil Strzeszewski: Krótka forma tylko w Sieci

Hitem ostatnich miesięcy jest Battlestar Galactica: Blood & Chrome, który został serialem internetowym przez przypadek. Stacja Syfy nakręciła prolog przygód Williama Adamy (komandora ludzkiej floty z oryginalnego BSG) w czasie pierwszej wojny z Cylonami. Ten pilot przeleżał około dwóch lat w archiwach telewizji. W końcu jednak podzielony na miniaturowe części, został udostępniony w streamingu. Fani uniwersum BSG liczyli na wielki powrót ukochanej serii, ale się okazało się, że Syfy słusznie nie inwestowało w następne odcinki telewizyjnego Blood & Chrome. Początek pilota zapowiada się ciekawie, druga połowa rozczarowuje.  W dodatku mini-odcinki webserii irytowały, widać było, że zostały podzielone sztucznie. Tego pilota najlepiej oglądać w całości, jako film telewizyjny. Na szczęście trafi na srebrny ekran.