Film wpisujący się w popularną w naszych kinach konwencję kina religijnego, łączącego elementy dydaktyczne z ekumenicznymi.

Co prawda na wartości filmowe niewiele zostaje już miejsca, ale mam poczucie, że głównymi adresatami „Opiekuna” są raczej widzowie, oczekujący po filmie czegoś w rodzaju katechezy w salce filmowej niż przeżycia religijnego.

W warstwie, nazwijmy to, fabularnej, oglądamy młode małżeństwo, zmagające się w pierwszym poważnym kryzysem.

W tę historię, jako punkt odniesienia, wpleciony został wątek Józefa, męża Marii Panny. Świętego, który zdecydował się wychować Jezusa Chrystusa.

Twórcy filmu w tonacji apologetycznej dowodzą swoich tez, nie mają żadnych watpliwości, nie szukają przyczyn.

„Opiekun” jest filmem dla wierzących i szukających w wierze siły codziennej, również siły w walce z przeciwnościami losu, z pokusami.

Role aktorskie są tutaj umowne (chociaż Rafał Zawierucha robi co tylko może, żeby ożywić bohatera), podobnie reżyseria czy scenografia.

„Opiekun” jeżeli się nie mylę, jest jednak filmem jasno stawiającym swoje cele. Twórców nie interesowały sale kinowe, festiwale, czy recenzje, chodzi o mały, kameralny kontakt z widzem. Rodzaj filmowego pacierza na dobranoc.

Łukasz Maciejewski