"O psie, który jeździł koleją" - recenzja Łukasza Maciejewskiego

 

Doczekaliśmy się. Magdalena Nieć, teatralne i filmowa aktorka, którą pamiętam jeszcze z ciekawych ról granych w Teatrze Ludowym w Krakowie, od jakiegoś już czasu, w duecie z Mariuszem Palejem, zmienia postrzeganie kina familijnego w Polsce.

Przez lata, czy wręcz przez dekady, było przecież tak, że kino to było zsyłane na absolutny margines. Realizowane najtańszym kosztem, bez ambicji, byle jak, z bezsilnym przekonaniem, że z Hollywood i tak nie uda się wygrać.

Palej i Nieć pokazali, że nie trzeba wcale ścigać się z Hollywood czy z Disneyem, można po prostu robić swoje, inaczej. Zaczynali od adaptacji familijnej prozy Marcina Szczygielskiego, kilka filmów nakręcili wspólnie, teraz idą już własnymi ścieżkami.

„O psie, który jeździł koleją” to oczywiście jedna z ukochanych lektur dzieciństwa kolejnych pokoleń. Adaptacja opowiadania Romana Pisarskiego była jednak rozległa, a zmiany znaczące.

Dla filmu okazało się to zbawienne.

„O psie, który jeździł...” to opowieść, jakiej bardzo w kinie brakowało. Z pozytywnym przesłaniem, jasnym przekazem. Rzecz dla miłośników psiaków (Lampo skradnie wasze serca), miłośników zwierząt i dla tych wszystkich, dla których kino jest spotkaniem z uczuciami zaniedbywanymi w rzeczywistości: miłością, czułością, przyjaźnią.

Sukces filmu Magdaleny Nieć napawa optymizmem. Że wciąż jest miejsce dla tych, którzy wolą psa prawdziwego od elektrycznego. I prawdziwe łzy od łez udawanych. To także zwycięstwo pięknego, familijnego kina, o którym trochę już chyba zapomnieliśmy.

Łukasz Maciejewski